Jak to się stało że zamieszkałam we Włoszech – Iwona Chmielewska

Iwona Chmielewska

Jak to się stało że zamieszkałam we Włoszech – Iwona Chmielewska

Nazywam się Iwona Chmielewska i w tym poście opowiem Wam jak to się stało że zamieszkałam we Włoszech.

 

Wielkim zaskoczeniem dla mnie, od momentu gdy podjęłam pracę jako przewodnik, było zawsze pierwsze pytanie zadawane mi przez oprowadzanych turystów:  jak to się stało że zamieszkała Pani we Włoszech i zajęła się przewodnictwem? Dzisiaj z perspektywy przeżytych lat i zgromadzonego doświadczenia z pracy z ludźmi wiem, że czasami mój życiorys dla wielu moich klientów wzbudza większe zainteresowanie niż dzieje Wiecznego Miasta, po którym ich oprowadzam. Aby zaspokoić w pełni tę ciekawość poniżej chcę w skrócie opowiedzieć historię mojego przyjazdu do Włoch  i zajęcie się obecnie wykonywanym zawodem przewodnika.

 

Będąc na studiach…

 

W 1992 roku, po zaliczeniu pierwszego roku studiów Instytutu Wyższej Kultury Religijnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim KUL-u  jedna z koleżanka zaproponowała mi wspólny, zarobkowy wyjazd do Włoch celem zdobycia pieniędzy na kolejne lata studiów. Szybko udało na m się załatwić urlop dziekański i już po kilku dniach wylądowałyśmy w Rzymie. Był on tylko przystankiem w naszej podróży, bo pracę załatwioną miałyśmy w Neapolu i tam miałyśmy dotrzeć jako do celu naszej zarobkowej wyprawy.

 

Rzym

 

W Rzymie byłyśmy tylko dwa dni, z czego jedyny, spędzony tam wieczór, poświęciłyśmy na samochodową eskapadę po centrum Wiecznego Miasta. To wystarczyło abym się w tym mieście zakochała od pierwszego wejrzenia!

Pamiętam jak ogromne wrażenie zrobiło wówczas na mnie Koloseum i Forum Romanum.  Miejsca te można było jeszcze wtedy zwiedzać bez opłaty i koniecznego biletu. Mało tego, sprawiały wrażenie jakby można  tam było wjechać  samochodem. A kiedy jeszcze dodatkowo zobaczyłam via della Conciliazione z oświetloną Bazyliką Św. Piotra oraz rozedrgany, tętniący życiem Plac Wenecki, poczułam że Rzym jest tym miejscem na ziemi, które jest mi przeznaczone. Tego wieczoru, wrzucając monetę do Fontanny di Trevi (zgodnie z legendą gwarantuje to powrót do Rzymu) robiłam to marząc i jednocześnie będąc przekonana, że gwarancja powrotu do Rzymu zostanie spełniona; że nie wyjadę z Włoch dopóki nie powrócę Rzymu i nie poznam lepiej jego historii.

Następnego dnia musiałyśmy już jechać do Neapolu. Tam od razu spotkała nas niespodzianka. Okazało się, że praca jest ale nie w samym Neapolu, tylko w oddalonej jeszcze bardziej na południe maleńkiej, położonej na malowniczym wzgórzu, z typową kamienną zabudową, miejscowości Castelabbate. Dzisiaj ta miejscowość jest znana z włoskiej komedii filmowej  „Witaj na południu”.  Zdjęcia do niej kręcono tutaj w 2010 roku.

 

W Castelabbate

 

Castelabbate zapamiętałam z jeszcze jednego, bardzo ważnego powodu. To tutaj zaczęłam raczkować w języku włoskim, albowiem do Włoch wybrałam się bez kompletnej znajomości tego języka. Moim pierwszym nauczycielem było 3 letnie dziecko, opieka nad którym była powodem mojego wyjazdu do Włoch i z pełną szczerością muszę przyznać, że było ono wspaniałym nauczycielem. Po dwóch miesiącach opieki mogłam już  swobodnie porozumiewać się ze wszystkimi.

Rodzice mojego podopiecznego, małego Giuseppe (Józefa), prowadzili restaurację. To dzięki nim zgłębiłam też wtedy tajniki włoskiej kuchni, posmakowałam prawdziwego włoskiego wina i cytrynowego Limoncello, dowiedziałam się co to jest mozzarella, tortellini oraz nauczyłam się jeść owoce morza. Największą jednak frajdę sprawiało mi wówczas  zajadanie się pomarańczami zrywanymi prosto z drzewa. A były to jeszcze te czasy, gdy w Polsce pomarańcze przynosił nam tylko Mikołaj na gwiazdkę.

Pobyt na południu Włoch, w Castelabate miał oprócz waloru naukowego – język włoski, kulinarnego – kuchnia włoska, jeszcze jeden walor poznawczy. Przebywając w tym rejonie Italii zachwyciłam się jej pięknem. Jej górami, jej urokliwymi małymi miasteczkami ulokowanymi w niewyobrażalnych miejscach oraz lazurowym morzem, które widziałam z okna mojego pokoju. Jednym z pierwszych miejsc, które zwiedziłam poza Castelabate było Pestum gdzie zaiskrzyło moje zamiłowanie do archeologii. Gigantyczne kolumny starożytnych świątyń przeniosły mnie marzeniami w inny starożytny świat i już na zawsze ten świat pozostał w moim wnętrzu. Iskra rozpaliła wtedy tylko tlący się ogieniek, z latami coraz bardziej rozbuchany, zakończony stosownym dyplomem. Ale to przyszło później.

 

Neapol

 

Wtedy zaś skrzeczała rzeczywistość. Rodzina, u której do tej pracowałam, zmieniała miejsce zamieszkania a ja zostałam zmuszona do znalezienie sobie innego zatrudnienia. Wtedy dość nieoczekiwanie pojawiła się propozycja pracy w Neapolu.  Chętnie się tam przeniosłam. To przecież było  bliżej Rzymu – wiecznego miasta i mojego marzenia, które nie pozwalało o sobie zapomnieć, które ciągle spędzało mi sen z powiek.

W Neapolu przemieszkałam rok. Mimo iż Neapol jest pięknym miastem, to jednak przez długi czas nie mogłam się w nim odnaleźć. W jego realiach, chaosie, korkach, całkowitym braku wszelkich reguł i tego, że jako blondynka nie mogłam tam przejść swobodnie kilku metrów nie będąc przez kogoś (oczywiście mężczyznę) zaczepiana. Z drugiej zaś strony, kiedy po latach wspominam okres neapolitański, to zdaję sobie sprawę z tego, iż to tam właśnie poznałam najsympatyczniejszych ludzi na świecie.

 

Moje przeznaczenie

 

To jednak Rzym był moim przeznaczeniem. Po roku  pobytu w Neapolu otrzymałam kolejną propozycja zmiany pracy i przeniesienia się właśnie do Wiecznego Miasta, do samego jego centrum. Oczywiście bez dłuższego namysłu spakowałem walizkę i wyruszyłam w drogę ku nowym wyzwaniom.

W Rzymie od razu poczułam się jak u siebie w domu z jednym wyjątkiem. Do tego aby w pełni poczuć się Rzymianką należało rozpocząć poważny kurs języka włoskiego. Do tej pory znajomość włoskiego wydawała mi się wystarczającą. Aby jednak myśleć o czymś więcej, w sensie zawodowym, należało bardziej dogłębnie poznać jego tajniki; zwłaszcza gramatykę, której podstaw mi brakowało. Podjęłam zatem intensywną naukę włoskiego a w wolnych chwilach zwiedzałam wszystkie rzymskie kościoły, które wówczas wywierały na mnie największe wrażenie. Przy tej okazji zawierałam też mnóstwo nowych znajomości, z których jedna okazała się wręcz bezcenna. Pewna, zaprzyjaźniona włoska rodzina, widząc moje zainteresowanie historią i archeologią podsunęła mi pomysł rozpoczęcia studiów. Początkowo wydawało mi się to całkowicie nierealne. Nie wierzyłam we własne siły. Ostatecznie po długich namowach, w 1999 roku,  rozpoczęłam naukę na Uniwersytecie Tor Vergata, na kierunku – Historia i Archeologia.

Był to niezwykle trudny okres w moim życiu. Musiałam godzić pracę zarobkową ze studiami. Ostatecznie wszystko ułożyło się pomyślnie i w roku 2005 r obroniłam swoją pracę magisterską. Wtedy to też zaczęłam wkraczać w – dziewiczy wówczas dla mnie – sektor  turystyczny. Najpierw ukończyłam kurs pilota aby w roku 2008 zdobyć kolejne uprawnienia – przewodnika po Rzymie. Nie było to łatwe bo wiązało się z zaliczaniem kolejnych etapów nauki, kolejnych kursów, kolejnych egzaminów wreszcie poznania bardzo dokładnej topografii tej olbrzymiej metropolii. Widocznie jednak i ta rola była mi pisana a przewodnictwo i turystyka stały się  moją pasją i pozostała nią do dzisiaj.

Czasami w rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi żartuję że dopiero przyjazd do Rzymu i moneta wrzucona do Fontanny di Trevi,  urzeczywistniły moje marzenia ujawniając przy okazji jakie  jest moje prawdziwe powołanie.

Dlatego też często zdarza się, że nawet jak nie oprowadzam turystów, to przychodzę w okolice Fontanny by w miejscu, od którego wszystko się zaczęło, poczuć się szczęśliwą, że jestem tu gdzie jestem i że robię to co lubię. A jednocześnie najpiękniejsze jest to, że tą moją pasja mogę dzielić się z innymi i zarażać ich swoją miłością do kultury, sztuki i historii Rzymu – miasta uosobienia tych wszystkich cech.

Zapraszam zatem Was wszystkich na wspólny spacer po Wiecznym Mieście. Odkryjcie z nami proponowane Wam – przez nas – trasy turystyczne.