Jak to się stało że zamieszkałam we Włoszech…Cz. 1 – Jowita.

Jowita

Jak to się stało że zamieszkałam we Włoszech…Cz. 1 – Jowita.

Jak ten czas szybko leci. To już 23 lata od kiedy przyjechałam do słonecznej Italii. Wydarzyło się to latem 1998 roku. Zapamiętałam ten moment, nie wiem dlaczego w ten szczególny sposób, bo to właśnie wtedy Francja zdobyła tytuł mistrza świata w dopiero co zakończonych mistrzostwach.

Wtedy Polska nie była jeszcze członkiem UE zatem przyjazd moich polskich rówieśników do Włoch, aby tutaj studiować, był dla większości z nich niezwykle skomplikowany a praktycznie, właściwie niemożliwy. Ja będąc już w tym czasie szwedzką obywatelką – do Szwecji przeprowadziłam się z mamą będąc w Polsce zaledwie uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej – startowałam z uprzywilejowanej pozycji. Nie byłam poddana tylu restrykcyjnym procedurom biurokratycznym (mniejsza ilość wszelkiej maści dokumentów i różnych tzw. „papierków” dostarczanych właściwym urzędom) a którym poddawani byli kandydaci na studia we Włoszech, przyjeżdżający z krajów nie będących członkami Unii Europejskiej. Byłam również uprzywilejowana z tego tytułu, że Szwecja przyznawała – młodzieży wyjeżdżającej na studia zagraniczne – stypendia. Stypendia na tyle wysokie, że były one wystarczające aby móc się z nich utrzymać.

Pierwszy rok pobytu w Italii spędziłam głównie na nauce języka włoskiego, poznawaniu historii tego kraju oraz zgłębianiu wiedzy na temat jego olbrzymich zasobów kultury i sztuki. Naukę rozpoczęłam na uniwersytecie w Sienie by następnie kontynuować ją we Florencji. Nauka była fascynująca,  jednak tym co najbardziej urzekło mnie i zachwyciło we Włoszech, to było to czego brakowało mi w Szwecji, czyli słońca, ciepła, głośno śmiejących się na ulicach ludzi i przede wszystkim fantastycznego jedzenia. Pamiętam jak po raz pierwszy poszłam z koleżanką na targ warzywno-owocowy znajdujący się przy Piazza San Lorenzo we Florencji, gdzie po raz pierwszy w życiu kupiłyśmy „mozarella di bufala”, świeże pomidory czereśniowe i bukiet bazylii po to aby przyrządzić „insalata caprese”. Do dziś pamiętam jej niepowtarzalny smak. Zycie było piękne i beztroskie a miłość do Włoch zawładnęła moim sercem na pozostałą część mojego życia

Po roku nauki języka, przeprowadziłam się do Rzymu, gdzie na Uniwersytecie „La Sapienza” zaczęłam studia z dziedziny ekonomii. Wtedy to po raz pierwszy zetknęłam się z drugim, mniej barwnym obrazem życia we Włoszech. To wtedy tutaj, w Rzymie, poznałam prawdziwe znaczenie słów biurokracja, bałagan i chaos. Pomimo dobrych ocen na uczelni straciłam dofinansowanie państwowe ze Szwecji i musiałam podjąć pracę aby móc się samodzielnie utrzymać i  pozostaćwe Włoszech. Pracę znalazłam w turystyce – jako pilotka;  przede wszystkim dla grup anglojęzycznych. W tym czasie bardzo rzadko podejmowałam pracę z Polakami. Zważywszy, że w dotychczasowym życiu najczęściej posługiwałam się szwedzkim i angielskim (szkoła w Szwecji) a na co dzień używałam włoskiego, mój polski był wówczas bardzo kulawy. Pamiętam, jak kiedyś przejeżdżając autokarem z grupą polskich turystów obok budynku włoskiego Sądu Najwyższego „La Cassazione” powiedziałam: ,,Po prawej stronie widzicie Państwo budynek „Sądu Ostatecznego”, czy innym razem opowiadając o Willi Hadriana powiedziałam, że niegdyś były tutaj ,,kamieniozłomy”.

Studia na Uniwersytecie  „La Sapienza” ukończyłam w 2004 roku ale nigdy nie podjęłam pracy w wyuczonym zawodzie. Moim sercem już wtedy, na dobre zawładnęła turystyka. W 2005 roku zdałam egzamin na przewodnika miejskiego i jestem nim do dzisiaj.  Dzięki pracy przewodnika zaczęłam też pracować z grupami polskimi i z konieczności używać języka polskiego. W pracy tej poznałam wielu fantastycznych ludzi i to właśnie dzięki nim, coraz sprawniej zaczęłam posługiwać się językiem polskim i przy okazji poznawać niuanse polskiej kultury. Kultury, która dotychczas była dla mnie skryta mgłą tajemnicy. W sumie jest to zabawne, że musiałam przyjechać ze Szwecji do Włoch aby odkryć swoje prawdziwe, polskie korzenie. Dziś praca przewodnika, w tym przewodnika polskiego, stała się dla mnie nie tylko zawodem, ale również moją ogromną pasją.

Kolejną moją pasją jest kuchnia włoska a przede wszystkim to co się przy jej posiłkach pije, czyli wino.  Dlatego ostatnie lata poświęciłam na naukę sztuki picia i smakowania win a od roku 2017 jestem już „Master Sommelier”; Na zdrowie!

Przed wybuchem pandemii, dzięki połączeniu tych dwóch pasji, zaczęłam organizować w Rzymie jedyne w swoim rodzaju „Spacery dla podniebienia”.  Podczas tych spacerów turyści mogą degustować lokalne produkty „km 0” i wyśmienite lokalne wina; aby w ten sposób poznać Rzym od podszewki – przepraszam – od piwniczki.

Niestety ubiegły rok – chwilowo – zahamował rozwój mojego projektu, jestem jednak pewna, że z nadejściem nowego wszystko ulegnie poprawie i ponownie będzie nam dane podróżować.